SPORT

Moje mistrzostwa

12 czerwca 2018

W telewizji i na billboardach królują reklamy z Bońkiem trzymającym zimne piwo, Nawałką fotografującym się z telewizorem koreańskiej produkcji, Grosickim kupującym w Żabce napój energetyczny i Lewandowskim cykającym sobie zdjęcie nowym, wypasionym modelem telefonu. To nieodzowny znak, że zbliżają się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – dla wielu trwające miesiąc piłkarskie święto. Dla mnie też nieodzowny znak przemijającego czasu.

W pamięci mam każdy turniej piłkarski, który odbywa się od 1996 roku. Z każdego mam lepsze lub gorsze wspomnienia, chociaż wstyd się przyznać, ale na żadnym nie byłem osobiście. Zapełniają one jednak po kolei szufladkę w mojej głowie – i to taką z napisem „piękne wspomnienia”. Szufladkę, do której od czasu do czasu lubię zaglądać, zastanawiając się, kiedy ten czas tak niezauważalnie zdążył przeminąć.

Pierwszą wielką piłkarską imprezą, jaką oglądałem w miarę świadomie były Mistrzostwa Europy rozgrywane w 1996 roku w Anglii. Miałem wtedy prawie dwanaście lat i bardziej niż oglądanie meczów w telewizji interesowało mnie ganianie za piłką po boisku. W pamięci utkwiły mi jednak przebłyski jednego meczu – półfinału mistrzostw, w którym zmierzyły się ze sobą drużyny gospodarzy i Niemców. Spotkanie w regulaminowym czasie gry zakończyło się remisem 1:1 i o awansie do finału mistrzostw zadecydować miały rzuty karne. Jedenastki świetnie wykonywały obie drużyny – aż do piłki podszedł Gareth Southgate, który futbolówką pocelował wprost w niemieckiego bramkarza. Zamiast walką o mistrzostwo, Anglicy zadowolić się musieli trzecim miejscem. Marnym pocieszeniem był też pewnie fakt zdobycia przez Davida Seamana tytułu najśmieszniej ubranego bramkarza turnieju. 🙂 

David Seaman Wembley 1996 Zdjęcie z TheGuardian.com – Getty Images

Gdybyście byli ciekawi, jak wyglądał niestrzelony karny, o którym pisałem, to polecam teledysk do (moim zdaniem genialnej) piosenki zespołu The Lightning Seeds – Three Lions ’98. Ja nucę ją przed każdym turniejem…

O ile Euro 1996 pamiętam jedynie „jako tako”, o tyle w rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Świata we Francji wciągnąłem się maksymalnie. Podejrzewam, że gdybyście dwadzieścia lat temu zbudzili mnie w środku nocy i zapytali o jedenastkę Szkotów, która najprawdopodobniej wybiegnie w pierwszym meczu z Brazylią, albo na jakiej pozycji gra Cesar Sampaio – odpowiedziałbym bez problemu. O mundialu rozmawialiśmy w szkole na okrągło. Ba! Nawet próbowaliśmy powtarzać na w-fach sztuczki, które dzień wcześniej obejrzeliśmy w kolejnych meczach. Nawet nie zliczę, ile razy wypierniczyłem się na piłce próbując powtórzyć to, co zrobił Taribo West (22 sekunda):

Nie wiem, czy to przez nostalgię, ale uważam, że były to najlepsze Mistrzostwa Świata, jakie widziałem. Do dziś przed oczami mam bramkę, jaką Argentyńczykom strzelił Dennis Bergkamp, szalony mecz Brazylijczyków z Duńczykami, albo klęskę Niemców z Chorwacją. Strasznie zawiódł mnie tylko finał, w którym „moja” Brazylia z Roberto Carlosem, Dungą i (grubym) Ronaldo przerżnęła z cienkimi Francuzami – z przereklamowanym łysolcem na środku pomocy.

Dwa lata później było Euro 2000 w Belgii i Holandii – pierwsze oglądane wspólnie z przyjaciółmi. Czarny, jeśli to czytasz, to wiedz, że kanapeczki przyrządzone przez Twoją mamę do meczu otwarcia były mega 😉 Te mistrzostwa to też pierwsze piwko i chipsy do meczu i wielkie z mojej strony kibicowanie Włochom. Włochom z młodziutkim Tottim na środku pomocy, Maldinim w obronie i Inzaghim w ataku. Ależ było mi ich szkoda po golu Trezeguet w dogrywce finału…

I tak dochodzimy do 2002 roku i pierwszego Mundialu, w którym mogłem kibicować Naszym. Jak to kibicowanie się skończyło, nie muszę nikomu mówić, ale i tak było to olbrzymie przeżycie. Na mecz z Koreą zwolnił nas nawet nasz nauczyciel matematyki, którego w życiu byśmy nie podejrzewali o taki gest. Cała klasa ściśnięta w mieszkaniu kolegi, licytująca się ile strzelimy tym cieniasom z Korei, patrząca kilka minut później, co z Hajtą, Świerczewskim i Wałdochem robią te skośnookie maluchy – tego pewnie nie zapomnę nigdy. Podczas tych mistrzostw po raz pierwszy zobaczyłem też hiszpańskiego skrzydłowego – Joaquina, który grał w tym czasie w Betisie. Tak polubiłem jego styl gry, że przez kolejne lata mistrzostwa Hiszpanii i triumfy w Lidze Mistrzów święciłem w CM-ie właśnie drużyną z Andaluzji. Co ciekawe, Joaquin dalej gra w piłkę i po kilkuletniej grze w Valencii, Fiorentinie i Maladze, jakiś czas temu wrócił do Betisu z miejsca stając się idolem tamtejszych kibiców.

Mundial z 2002 roku był też chyba ostatnią imprezą, którą tak mocno przeżywałem. Pewnie związane jest to z wiekiem i powolnym wchodzeniem w etap dorosłości. Poszczególne mecze kolejnych mistrzostw oglądałem, ale jakoś szczególnie nie jarałem się już całą tą „magiczną” otoczką. Wszystko w jakiś dziwny sposób zdążyło spowszednieć i choć kibicowałem naszej reprezentacji i poszczególnym krajom, to już zdecydowanie nie było to, co kiedyś.

Marzę o tym, żeby nadchodzący Mundial był inny – żebym kiedyś, za 30 lat mógł opowiadać o nim z przejęciem moim wnukom. Żeby tak się stało, reprezentacja musiałaby osiągnąć sukces na miarę legendarnych Orłów Górskiego i kadry Piechniczka z 1982 roku. Nauczony doświadczeniem, trochę jednak obawiam się, że zamiast gry w półfinale odpadniemy w pierwszej lub drugiej rundzie. I to chyba właśnie ten mój wiek robi swoje. Mimo wszystko, fajnie byłoby się poczuć tak beztrosko zaangażowanym w rosyjski mundial, jak dwadzieścia lat temu w mistrzostwa odbywające się we Francji.

Polecane dla Ciebie