KSIĄŻKI RECENZJE

Biblia diabła – moje rodzinne miasto na kartach powieści

4 czerwca 2018

Mam problem z twórczością Leszka Hermana. Na każdą z jego książek czekałem z utęsknieniem i każdą czytało mi się świetnie. Zasługa w tym nie tylko umiejętności autora, ale też tematyki, jaką porusza. W kolejnych pozycjach autorstwa Hermana jest jednak pierwiastek czegoś, co nie pozwala mi nazwać ich idealnymi. Podobnie było z najnowszą, Biblią diabła.

W sumie to nie potrafię powiedzieć, dlaczego się czepiam. Biblia diabła ma wszystko, czego oczekiwałbym po książce, po którą sięgam dla zabicia czasu. Jej akcja rozgrywa się w miejscach, którego są w moim sercu. W przeciwieństwie do Sedinum, to już nie tylko Szczecin, ale także Kamień Pomorski i jego okolice – a więc miasto, w którym mieszkam i miejscowość, w której się przed laty wychowałem.

Nie wiem, czy też tak macie, ale mi niesamowicie czyta się o lokacjach, w których spędziłem kawał życia. Dzięki temu, że co jak co, ale Herman perfekcyjnie potrafi przenieść na papier, to co znajduje się przed jego oczami, możemy poczuć się, jakbyśmy wraz z bohaterami powieści podróżowali po najciekawszych miejscach Pomorza Zachodniego. Autor posiadł umiejętność doskonałego odwzorowywania w słowach tego, co widzi przed sobą.

Miejsca, w którym autor umieścił akcję swojej najnowszej powieści, nie zostały wybrane przez przypadek. Zaczątkiem najnowszej przygody, w którą wciągnięci zostają stworzeni przez Hermana bohaterowie, jest tym razem chęć odnalezienia skarbu wywiezionego przed laty ze skarbca kamieńskiej katedry. Na kolejnych stronach książki okazuje się, że cała historia łączy się w przedziwny sposób z czarnym protestem, który przed kilkunastoma miesiącami odbył się w Szczecinie, a także kościelną inkwizycją i związanymi z nią przypadkami palenia kobiet na stosie. Co ważne, choć na pierwszy rzut oka, wymyślona przez Hermana fabuła wydawać się może nieco pokraczna, to wszystkie pomysły świetnie się zazębiają.

Książka, podobnie jak jej dwie wcześniejsze części, nie należy do najkrótszych. Czyta się ją jednak bardzo szybko. Choć nie brakuje w niej przerywników z bardzo dokładnymi opisami historycznych budowli Pomorza Zachodniego, to sama akcja prowadzona jest sprawnie. Dialogi między poszczególnymi bohaterami wypadają bardzo naturalnie i posuwają akcję do przodu. Widoczne jest, że autor mocno poprawił swój warsztat w stosunku do poprzednich powieści.

Tym, co nie do końca podobało mi się w książce Hermana, to jej główni bohaterowie. Jest masa fikcyjnych, wymyślonych na potrzeby serii wydawniczych postaci, które zdążyłem bardzo polubić. Myron Bolitar i Win u Cobena, Maggie O’Dell u Kavy, Sara Lund u Hensona, czy choćby Sherlock Holmes u Conan Doyle’a (swoją drogą, wyszło mi ciekawe zestawienie) – choć to osoby, które nie istnieją, darzę je dużą dozą sympatii. Hermanowy wszechwiedzący Igor i Paulina, która nie wie co ze sobą zrobić, miejscami zwyczajnie działają mi na nerwy. Sytuację ratują nieco postaci z drugiego planu – a głównie Dorota i Gole… tzn. Borola.

Herman w swojej książce dość mocno opowiedział się po jednej ze stron w politycznym sporze, z jakim mamy do czynienia na polskiej scenie politycznej i światopoglądowej. Mi osobiście w żaden sposób to nie przeszkadza. Podejrzewam jednak, że znaleźć mogą się osoby, którym swoista deklaracja autora może nie przypaść do gustu.

Tym jednak, co naprawdę nie przypadło mi do gustu w Biblii diabła, jest jej zakończenie. Przyznaję się bez bicia, że nie znoszę otwartych zakończeń, a ostatnio z takowymi mamy do czynienia niemal na każdym kroku – nie tylko w literaturze, ale i kinematografii. I weź tu człowieku czekaj kolejny rok, żeby dowiedzieć się, jak zakończy się wymyślona przez Hermana historia… A wbrew znalezionym przeze mnie niewielkim minusom, naprawdę jest na co czekać!

Polecane dla Ciebie