STREFA MAMY

To była najlepsza i najważniejsza decyzja mojego życia

26 kwietnia 2018

Od jakiegoś czasu zbierałam się do napisania tego tekstu, ale dzieciaki nie pozwalały mi się skupić. Poza tym nie wiedziałam czy Ci się on spodoba. Bo prawdę powiedziawszy nie do końca wiem dla jakich tematów mnie czytasz. Czy wolisz te typowo rodzicielskie, czy może te lifestylowe? Mam nadzieje, że lubisz oba, bo właśnie dzisiaj postanowiłam podzielić się z Tobą najważniejszą i najlepszą decyzją mojego życia. 

Po tym wstępie zapewne domyślasz się, że nie będzie to decyzja o posiadaniu dzieci. Wiedz, że kocham je najbadziej na świecie. Są moim oczkiem w głowie, nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich nie być i oddałabym za nie swoje życie. Mój świat bez nich byłby smutny i pusty, ale to nie dzieci sprawiły że jestem teraz tu gdzie jestem. Owszem jako mama spełniam się w macierzyństwie i się w nim odnajduję. Momenty pojawienia się maluchów na świecie to były dwa najszczęśliwsze dni mojego życia. Chciałabym żeby każda kobieta mogła doświadczyć tej ogromnej fali miłości, która zalewa serce w chwili, w której po raz pierwszy trzyma swoje bezbronne maleństwo w ramionach. To jest szczęście. Największe jakie mnie w życiu spotkało. To się nigdy nie zmieni. Moje dzieci są i zawsze będą dla mnie najważniejsze.

Jeśli teraz myślisz, że taką decyzją będzie wyjście za mąż za Przemka, to muszę Cię zmartwić. Też nie chodzi o ten moment. Owszem jestem tej decyzji pewna. Był to jeden z najlepszych dni, które mnie spotkały. Na pewno moment przełomowy. Ja i Przemek kochamy się, jesteśmy swoimi homarami i pasujemy do siebie jak ketchup do frytek, jak mleko do kawy czy lód do whisky – idealnie. I wcale nie było tak od początku, bo przez te wszystkie wspólne lata docieraliśmy się i nadal się docieramy. Do dzisiaj dzieli nas naprawdę wiele, ale o wiele więcej nas łączy. Na pierwszy rzut oka wydajemy się zupełnie różni, ale tak naprawdę jesteśmy do siebie bardzo podobni. Chyba właśnie dlatego tworzymy udany związek. Pewnie, każde z nas miewa gorsze dni. Takie, kiedy samym spojrzeniem jedno mogłoby skrzywdzić to drugie, ale przecież małżeństwo to nie bajka. Sprzeczamy się i boczymy się na siebie, czasem nie gadamy ze sobą przez kilka godzin, ale zawsze możemy na siebie liczyć. To też jest szczęście. 

No dobra, jak nie dzieci i nie małżeństwo –  to co? 

Jest taki okres mojego, życia który ukształtował obecną mnie. Nie jako mamę, nie jako żonę, ale jako Olgę – silną i pewną siebie kobietę. I muszę Ci się tu przyznać, że często wracam myślami do tego czasu, kiedy jeszcze jako nastolatka, zdecydowałam się wyjechać na dwa lata do Stanów jako au pair. Czemu akurat tę decyzję uważam za najlepszą i najważniejszą?

Powód jest prosty. To właśnie tam nauczyłam się życia. Fakt, jako au pair, nie musiałam martwić się o mieszkanie i wyżywienie. Poza tym dostawałam wtedy 140-150 dolarów tygodniowo na własne potrzeby – patrz rozrywki, zakupy i inne, więc część problemów po prostu nie istniała. Ale jako dziewiętnastolatka, a właśnie tyle miałam lat kiedy wyjechałam, byłam jeszcze mało ogarnięta życiowo. Chociaż jak sobie pomyślę o dzisiejszym pokoleniu dwudziestolatków to i tak wydaje mi się, że byłam bardziej dojrzała niż większość z nich.

Ale do rzeczy… Jak wspomniałam wyjechałam do Stanów mając dziewiętnaście lat. Do tego czasu bardzo rzadko wyjeżdżałam gdziekolwiek sama. Ówczesna Olga była raczej cichą, szarą myszką, dlatego moja decyzja o wyjeździe była dla wszystkich wielkim szokiem. Co mnie do niej skłoniło? Chyba moja nijakość. Nie miałam sprecyzowanych planów na przyszłość, nie wiedziałam co chcę w życiu robić i co chciałabym studiować. Dlatego postawnowiłam zrobić sobie przerwę w nauce. Początkowo miała być to roczna przerwa, ale kiedy mój pierwszy rok jako au pair dobiegał końca podjęłam decyzję o przedłużeniu pobytu o kolejny rok. O tym jak było i jak wyglądało moje życie w Stanach być może kiedyś napiszę osobny wpis. Tutaj chciałabym się skupić na tym co mi ten wyjazd dał. A dał mi naprawdę wiele. 

Najważniejszą korzyścią jest przede wszystkim znajomość języka. Wprawdzie nie jest to piękny i uwielbiany przeze mnie brytyjski, ale z całym światem się dogadam. Umiejętności językowe pozwoliły mi szybko znaleźć pracę – zarówno tę z której zostałam zwolniona pierwszego dnia po macierzyńskim, jak i tę kolejną. W obu przypadkach języka używałam na porządku dziennym. Poza tym „obycie” w wielkim świecie otworzyło mi oczy na pewne sprawy. Stałam się bardziej tolerancyjna i w zasadzie nic mnie już nie dziwi. Nowy Jork to miasto „dziwnych” ludzi. 

Co jeszcze? Z szarej myszki, która boi się odezwać, stałam się osobą, która potrafi się postawić i zawalczyć o swoje. Tam musiałam radzić sobie sama. Co prawda miałam wsparcie moich rodzin goszczących oraz tamtejszych przyjaciół, ale to nie to samo. Te osoby nie znały mnie na tyle, by zrozumieć moje zachowanie. Pobyt w innym kraju u niektórych powoduje wycofanie, a u mnie wręcz odwrotnie. Stałam się pewna siebie i odważna. W końcu doszłam do etapu, w którym wiedziałam czego chcę i dążyłam do realizacji swoich celów. 

Ponadto Amerykanie nauczyli mnie cieszyć się życiem i okazywać tę radość na każdym kroku. Po powrocie do Polski, przez pierwsze kilka tygodni, miałam depresję spowodowaną nastwieniem Polaków do świata. Szarzy, smutni, snujący się po ulicach wsi i miast i wiecznie narzekający. A to na pogodę, na sąsiadów, na dzieci, na polityków, na wszystko… Tutaj uśmiechniesz się do kogoś obcego na ulicy to pomyślą że jesteś wariatką, tam – zapytają Cię jak Ci mija dzień. Właśnie dlatego postanowiłam, że ja nigdy taka nie będę. Ja chcę cieszyć się z każdej kropli deszczu, z ciepłych promieni słońca na mojej twarzy, z rozkrzyczanych i rozbieganych dzieciaków czy z kwitnących w ogrodzie kwiatów. Każdego dnia staram się ten plan realizować. Miewam gorsze dni, szczególnie teraz kiedy dzieci są małe i dają mi popalić, ale staram się szukać pozytywów nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.

Gdybym wtedy nie wyjechała to na pewno teraz nie byłabym tą samą osobą. Cieszę się, że mając zaledwie dziewiętnaście lat podjęłam najważniejszą decyzję mojego życia. Jeśli któreś z moich dzieci będzie chciało wyjechać za granicę, będę je wspierać całą sobą. Uważam, że wyjazd w bardzo dużym stopniu ukształtował mój charakter i moje podejście do otaczającego mnie świata. Jestem przekonana, że nauczył mnie nazywania rzeczy po imieniu, głośnego mówienia o swoich uczuciach oraz wyrażania siebie.

A ty jaki moment swojego życia uważasz za przełomowy? 

Polecane dla Ciebie