OJCOSTWO

Znowu być jak dziecko

10 kwietnia 2018

Jesteśmy zmanierowani – a przynajmniej ja taki jestem. Do takiego wniosku doszedłem zastanawiając się, co ostatnio (nie licząc narodzin dzieciaków) sprawiło mi dużą radość, ale taką naprawdę wielką, przez którą miałbym ochotę krzyknąć „WOW! Jestem zajebiście szczęśliwy”. I, kurczę, to musiało być rzeczywiście dość dawno, bo jakoś nie potrafię sobie przypomnieć, co to mogło być.

Prosty przykład – kupiliśmy samochód. Dla normalnego człowieka to powinno być coś naprawdę przyjemnego, prawda? Zamienić wysłużone cztery kółka na nowe… tzn. na takie trochę nowsze i przy tym mniej wysłużone, to jednak raczej fajna rzecz. No ale wtedy pojawiają się wątpliwości, bo przecież sąsiad w tym samym czasie kupił takie naprawdę nowe – prosto z salonu i terenowe – dokładnie takie, o jakim marzyłem i marudziłem, żeby kupić. No, a ten nasz to diesel, a wiadomo jak to w dieslu, jak coś rąbnie, to żeby je naprawić będziemy musieli podwoić jego wartość. No i nie jest nowy, a te nowe takie ładne. Może trzeba było jeszcze nie kupować… i tak dalej… Zamiast cieszyć się nowym samochodem, siedzę i myślę o tym, jak ten durny, nieprzemyślany zakup zrujnował moje życie.
I tak samo potrafić być z innymi, błahymi nieraz i nic nieznaczącymi sprawami.

Stawiliśmy jakiś czas temu fajne drzwi wewnętrzne do wszystkich pokoi w mieszkaniu – zamiast się cieszyć, że jest ładnie i schludnie, przed oczami miałem, jakie wkrótce będą upierdzielone małymi, brudnymi rączkami. Jest piękna pogoda i jedziemy gdzieś na wycieczkę na rowerach – oho, jest jedna mała chmurka na niebie, pewnie za godzinę będzie lać i zmokniemy wszyscy i będziemy chorzy – lepiej wracajmy. Dobra passa w pracy, albo na uczelni? To świetnie, ale znając życie mogło być lepiej, a i tak pewnie zaraz coś się spierdzieli i to tak naprawdę tylko cisza przed burzą.

Wydaje mi się, że gdzieś głęboko we mnie siedzi ukryty Adaś Miauczyński, który tylko czeka, żeby swoim defetyzmem zepsuć mi każdą, pojawiającą się na mojej drodze, odrobinę szczęścia. A wystarczy spojrzeć na maluchy, aby dowiedzieć się jak ze wszystkiego czerpać radość.

Ostatnio Karolina przez cały dzień cieszyła się jak szalona z tego, że po raz pierwszy w tym roku był piękny, słoneczny dzień. Z uśmiechem od ucha do ucha pokazywała mi, że może w samej podkoszulce wyjść na balkon i nie musi zakładać kurtki. Piski radości pojawiają się u niej też za każdym razem, gdy wracam z pracy albo gdy na podwórku spotka koleżankę, choćby nawet widziała ją pół godziny wcześniej w przedszkolu.

Udaje nam się trafić na jej ulubioną bajkę w tv? Radocha. Może założyć do przedszkola swoją ulubioną sukienkę? Piski, podskoki i klaskanie. W koszu na zabawki przypadkiem natrafia na pluszaka, o którego istnieniu dawno zapomniała? Najszczęśliwszy dzień na świecie.

Kurczę, jak ja bym chciał mieć choćby połowę z tej radości, którą ona przeżywa każdego dnia. Wiele możemy nauczyć się od naszych dzieciaków.

Polecane dla Ciebie