OJCOSTWO

Co się stało z naszym czasem?

6 lutego 2018

Ostatnio, gdy korzystając z odrobiny wolnego czasu udało mi się z pilotem w ręku bezmyślnie poskakać po kanałach, przypadkowo natrafiłem na któryś z odcinków Dr House’a. Westchnęliśmy wtedy z małżonką i po stwierdzeniu, że to był naprawdę dobry serial, zaczęliśmy wspominać, jak to dobrze było kiedyś. Kiedyś, gdy nawet do głowy nie przychodziło nam, że w jakiejśtam przyszłości moglibyśmy zostać rodzicami dwójki mocno absorbujących uwagę maluchów.

To były czasy, gdy jedynym naszym zmartwieniem było zaliczenie nudnych przedmiotów na studiach i przetrzymanie kilku godzin w pracy. Okres, gdy lwią część wolnego czasu potrafiliśmy spędzać w łóżku – gdzie przykryci kołdrą i obłożeni smakołykami oglądaliśmy filmy i seriale. Szczególnie tych drugich „pożeraliśmy” multum, robiąc prawdziwe kilkunastogodzinne maratony Przyjaciół, CSI: Vegas, 24 i Mentalisty. Teraz naprawdę z wielkim rozrzewnieniem wspominam ten czas, który nieco ograniczony został, gdy do domu przygarnęliśmy Bezę (w końcu od czasu do czasu trzeba było z nią wychodzić), a doszczętnie zawalił się po przyjściu na świat Karoliny.

Teraz każdy (KAŻDY!) dzień zaczynamy około godziny 5 – 5.30. U mnie standardowo wygląda to tak, że po szybkim ogarnięciu siebie i Karoliny, wyjeżdżam do pracy (po drodze zahaczając o przedszkole – oczywiście gdy mała pannica jest zdrowa, o co ostatnio niemal tak ciężko, jak o sukces rządu na arenie międzynarodowej). Po ośmiu godzinach jest powrót do domu, szybkie zakupy, obiad i czas spędzany z maluchami. Potem kolacja, kąpiel, bajka czytana na dobranoc i chwila dla siebie – tzn. czas żeby wziąć szybki prysznic i ogarnąć choć odrobinę przygotowań do doktoratu. Raczej nie trwa to długo, bo po jakichś 15 minutach przy komputerze, zwykle odpływam…I tak wygląda zwyczajny dzień – oczywiście trafiają się też takie z popołudniem w szkole, zajęciami ze studentami i koniecznością załatwienia czegokolwiek na mieście. Wtedy robi się już naprawdę… średnio.

Tej sytuacji nie poprawia też żona, która pukaniem się w głowę odpowiada na rzucony przeze mnie, niby od niechcenia (ale tak naprawdę dobrze przemyślany), pomysł poszukania dla maluchów przedszkoli z internatem.

Ostatnio jedynymi serialami, z którymi jesteśmy w miarę na bieżąco są Gra o tron i Dolina Krzemowa. Do nadrobienia mamy ostatnie sezony Fargo i House of Cards, a do takich hitów jak Stranger Things, Narcos i The Crown nawet nie przysiedliśmy. Jedynymi filmami, jakie oglądamy, to te dla dzieci – i to zwykle któryś już raz z kolei.

Jako, że wśród znajomych mam spore grono bezdzietnych jeszcze osób, z uśmiechem potrafię słuchać ich narzekań na brak czasu i zmęczenie. Ostatnio nawet przysłuchiwałem się dyskusji dwojga takich osób, które opowiadały, jak ciężko im było przejść przeziębienie, przez które kilka dni musieli leżeć w łóżkach. Hehe, ile ja bym dał żeby w środku dnia, nawet zmożony chorobą, móc sobie spokojnie poleżeć w łóżku.

Bycie rodzicem maluchów to jednak ciągły bieg – i to nie taki, gdy podbiegamy 50 metrów, bo właśnie na przystanek przyjechał nasz tramwaj. To maraton, który często odbiera nam siły na wszystko inne. Jak to jednak bywa podczas biegu, pokonując kolejne kilometry na trasie, zaczynamy odczuwać dumę, że pomimo własnych słabości, dajemy sobie jakoś radę. Po drodze zdarza nam się poślizgnąć, z zazdrością spojrzeć na pięknie ubranych, wypoczętych kibiców, a także zobaczyć jak inni na trasie z uśmiechem na ustach radzą sobie zdecydowanie lepiej od nas. Ważne jednak, że jakoś posuwamy się do przodu. I o to właśnie chodzi w byciu rodzicem.

Gdybyście jednak słyszeli o przedszkolach z internatem, to dajcie znać…

Polecane dla Ciebie