MACIERZYŃSTWO

Wołanie o pomoc

17 stycznia 2018

Dzisiaj miał się pojawić zupełnie inny wpis, ale wydarzenia dzisiejszego dnia sprawiły, że go nie będzie. Będzie coś innego. Tekst po którym część z Was może już tutaj więcej nie zajrzeć, część może się ze mną utożsamiać, a części może być mnie żal.

Niedawno Magda M, która zapewne doskonale znacie, napisała swoją spowiedź – spowiedź matki. Czytając ten tekst ciagle widziałam siebie, jakbym czytała nie tylko o Magdzie, ale i o sobie. Dlatego dzisiaj poczułam, że muszę się Wam do czegoś przyznać.

Jestem fatalną matką

I nie próbujcie mnie pocieszać, że niby tak nie jest, bo zaraz przyznam Wam się do czegoś, co sprawia, że jest mi wstyd. Wstyd, że wogole mogę tak myśleć, wstyd za siebie. 

Od prawie trzech miesięcy moje dzieci non stop chorują. Misiek ząbkuje, nie śpi i bywa nie do zniesienia. Karolina natomiast przez cały ten okres spędziła w przedszkolu naprawdę niewiele czasu. Wiecznie glut, wiecznie kaszel, ciągłe marudzenie i zawracanie dupy. Mam dość właśnych dzieci! 

Są momenty, w których chciałabym wyjść z domu i już nie wrócić, wyskoczyć przez balkon albo strzelić sobie w łeb. Czasami moje myśli wkraczają na niebezpieczną drogę. Myślę wtedy co ja najlepszego zrobiłam, decydując się na dzieci. I naprawdę mnie to przeraża. Od jakiegoś czasu cieżko mi znaleźć w sobie radość z macierzyństwa. Jestem zmęczona, a moim jedynym marzeniem jest dzień w ciszy i samotności. W naszym domu już dawno nie było cicho – tak bardzo mi tej ciszy brakuje. 

Zanim urodziłam dzieci widziałam siebie jako uśmiechniętą, zrelaksowaną i szczęśliwą mamę. Mamę kreatywną, która codziennie wymyśla miliony fantastycznych zabaw, której wystarcza czasu na wszystko. Na pracę, zajmowanie się domem, a przede wszystkim dla rodziny. Tymczasem życie dało mi w twarz tak mocno, że nadal czuję pieczenie na policzku. Moje marzenia o idealnym macierzyństwie pozostały w strefie marzeń. Okazało się, że sobie nie radzę. Tracę panowanie nad sobą, krzyczę, a potem żałuję. Siadam w kąciku, skrywam twarz w dłoniach i płaczę. Płaczę, bo po raz kolejny pozwoliłam tej okropnej złości mną zawładnąć.

Moja mama wtedy mówi mi, żebym pomyślała o tym jak bardzo ich pragnęłam. Jak długo staraliśmy się o dzieci i przez co przeszliśmy. Mówi też, że powinnam cieszyć się chwilą, bo zaraz urosną, pójdą w świat i będą nas rzadko odwiedzać. Wiem, że ma rację, ale mimo to wybucham momentalnie, chociaż doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że złością i krzykiem niczego nie wskóram. Mogę tylko im zaszkodzić – nie daj Boże je zastraszyć lub obniżyć samoocenę. A przecież to jest ostatnie czego dla nich w życiu chcę. Wkurzam się o pierdoły – o porozrzucane w pokoju zabawki, a przecież dopiero co zdążyłam posprzątać, o pomalowane mazakiem ściany, o niewykonywanie polecań. Takie zupełnie błahe sprawy stają się problem nie do przeskoczenia. A ludzie mają o wiele większe zmartwienia w życiu. Wstyd mi, że przejmuję się takimi rzeczami, kiedy inni zmagają się ze śmiercią najbliższych, z nieuleczalną chorobą czy z biedą. A ja mam wszystko o czym marzyłam, a mimo to nie potrafię się z tego cieszyć.

Kocham moje dzieci najbardziej na świecie. Z jednej strony nie potrafię sobie wyobrazić życia bez nich, z drugiej natomiast pragnę od życia czegoś więcej niż kupek i zupek. Mam ogromne  szczęście bo są zdrowe, nie mamy żadnych poważnych problemów, a jednak gdzieś tam z tyłu głowy siedzi jakiś taki niedosyt. Rodzina jest całym moim światem i chociaż dzisiejszy dzień nie należy do najlepszych to wiem, że wkrótce będzie lepiej. Wiem to dlatego, że zrobię wszystko, żeby się zmienić – dla siebie i dla nich. Bo są tego warci. 

Zdjęcie główne: Flickr.com: Charles Chan

Polecane dla Ciebie